niedziela, 11 kwietnia 2021

Wegańska Pavlova

 


Od kiedy na blogu FriendSheep zobaczyłam wegańską pavlovę koniecznie chciałam ją wypróbować. 
Nie jesteśmy wegetarianami ani weganami  aleod czasu do czasu, szczególnie po świątecznym, mięsnym przesycie staramy się gotować bezmięsnie. Nie powiem,  żeby było  bardzo łatwo.  Wyrosłam ma tradycyjnej polskiej kuchni,  gdzie bez kotleta nie było obiadu, posiłki bezmięsne są większym wyzwaniem dla mojej fantazji kulinarnej. Staram się wypróbować różne smaki i składniki z kuchni  różnych stron świata. Ostatnio inspirowałam się kuchnią turecką i arabską, więc wykorzystałam nieodłączną w niej ciecierzycę. Do tej pory zawsze po prostu wylewałam wodę po niej, a tym razem nie mogłam się doczekać,  żeby wypróbować polecony przez Brahdelt przepis ze strony moje wypieki.
Woda po ciecierzycy ubija się bardzo łatwo,  do złudzenia przypominając pianę z białek.  Beza wyszła idealnie,  krucha z wierzchu i w środku lekko ciągnąca. Jednak co do smaku w pierwszym momencie nie byłam przekonana- wyczuwałam mocno ciecierzyce. Dopiero dodatek ubitej śmietany  ( wiem,  to już nie wegańskie) i owoców pozwolił mi delektować się bez przeszkód tym przysmakiem. 
Zdecydowanie mogę polecić!
Smacznego!

wtorek, 30 marca 2021

Jak ja to robię?


 Nie mam ambicji prowadzenia bloga poradnikowego czy tzw. parentingowego, nie uważam się za idealną panią domu,a idealni rodzice (jak i dzieci) są według mnie stworzeniami tak samo legendarnymi jak jednorożce czy trolle, ale często osoby,  które mnie poznają i dowiadują się,  że jestem pracującą na (więcej niż) pełnym etacie mamą trójki dzieci w wieku szkolnym zadają pytanie: " jak ty to robisz?"

Bez roszczenia sobie prawa do "macia racji" odpowiadam:

1. Po pierwsze luzuję. Nie mam mieszkania jak z instafotki, nie mam codziennie ugotowanego obiadu z trzech dań. Śniadaniówki dzieci zazwyczaj zawierają nie własnoręcznie ugotowany lunch z własnorecznie kręconym sushi i świeżymi warzywami,  tylko zwykła prostą kanapkę, którą zresztą same sobie muszą zrobić. Priorytetem jest,  żeby wszyscy zjedli śniadanie i jeden ciepły posiłek dziennie, a w mieszkaniu, żeby dało się po ciemku,  bez potykania przejść z punktu a do punktu b.

2.  Rozdzielamy obowiązki.  Dzieci mają przydzielony na tydzień rewir,  za który są odpowiedzialne- jedno sprząta kuchnię,  drugie łazienkę,  trzecie robi pranie. Ja jestem od zakupów,  bo to lubię, no i od kontroli. Mąż ogarnia sprawy bankowe, techniczne i ogólnie szeroko pojętą codzienność. Nie działa to zawsze idealnie,  czasem trzeba jednego czy drugiego przekonać do tego, żeby zrobił to co trzeba,  ale ogólnie jesteśmy z tej koncepcji zadowoleni.

3. Dzieci są same odpowiedzialne za swoją naukę.  Nie uczę się z nimi,  nie odrabiam z nimi lekcji.  Jak nie zrobią,  to one ponoszą konsekwencje, i prawdę mówiąc działa to zwyczaj super. My co najwyżej wyrywkowo sprawdzamy u najmłodszej czy zadania domowe zrobione i pytamy wieczorem,  czy wszystko na jutro przygotowane.  

4. Planujemy posiłki.  Normalnie dzieci jadły w ciągu tygodnia w szkolnej stołówce,  a ja i Boris(mój małżonek) w pracy, a w weekendy przygotowywaliśmy obiad razem. Przez koronę stołówka i częściowo szkoła są zamknięte,  więc gotujemy codziennie. Raz na dwa tygodnie robimy listę co będzie na obiad . Na dni kiedy dzieci są w domu same planujemy coś prostego,  co same potrafią zrobić,  bardziej wymagające potrawy przypadają na dni, kiedy nie pracuję. W ten sposób wszyscy jesteśmy zaangażowani w gorowanie i każdy może przemycić swoje ulubione danie.  Jak ugotuje się za dużo,  to następnego dnia jemy to samo,  albo zamrażamy.

5. Na podstawie powyższego planu robię raz w tygodniu duże zakupy. Drobnostki, jakie czasem zabrakną, kupują dzieci w pobliskim sklepie.  

6. Staram się zawsze znaleźć chwilę dla siebie- nie ważne czy to kąpiel w pianie czy oglądanie serialu z drutami w ręku, dłubanie w doniczkach ma balkonie,   czy pisanie posta na blog-  jest to dla mnie ważniejsze niż polerowanie okien czy podłogi. 

7. Cieszę się z drobnostek- potrafię się zachwycić kolorem nieba, jadąc o 6 do pracy czy wiewiórką skaczącą po balkonie. Ćwiczę na co dzień wdzięczność i docenienie tego co mam,  zamiast rozpaczać nad tym czego nie mam i wyszukiwać negatywów. 

8 nie mam ciśnienia na karierę.  Cieszę się,  że mam pracę,  którą lubię i staram się być dobra w tym co robię i to mnie zadowala. 

To by było na tyle o mnie.  Jeśli komuś pomogłam, to bardzo się cieszę,  a jeśli macie ochotę podzielić się z waszymi sposobami na ogarnianie codzienności to cieszę się jeszcze bardziej! 


niedziela, 21 marca 2021

Magic loop czy druty skarpetkowe- krótkie porównanie

 Nie jestem ekspertem skarpetkowym, wolę zdecydowanie większe formy,  ale dla maluszków zawsze fajnie się dzierga tym bardziej jak to przesłodkie bliźniaki mojej szwagierki.  


Przy okazji tych skarpeciątek pokusiłam się o porównanie dwóch metod - magic loop i 5ciu drutów. Jest to zdecydowanie tylko i wyłącznie moja opinia, niezbyt obiektywna chociażby z tego względu,  że magic loop znam i lubię,  a na 5ciu drutach robiłam po raz pierwszy.  

Grubość drutów w obu przypadkach to 2,5. 

Druty skarpetkowe to prym,  z żyłką- knit pro zing. 

Na prymach robiło się przyjemnie,  o dziwo nie wysuwały się z robótki,  a oczka gładko się przesuwały po drucie. Potrzebowałam trochę więcej czasu niż na pętli.  Oczka są niestety mniej równe i bardziej widać miejsca,  w których oczka były podzielone.  

Knit pro zing są dla mnie trochę za ostre,  wolałabym addi, ale nie mam w tym rozmiarze. Oczka wychodziły mi równiejsze, robiłam dwie skarpetki na raz, przez co robótka szybciej poszła, no ale może to kwestia wyprawy. 

Skarpetki jednokolorowe to  5 drutów, dwukolorowe- pętla. 

Włóczka- baby merino dropsa(dwukolorowe) i włoskie baby merino nie znanej mi firmy ale o prawie identycznych parametrach.  Zużycie - jakieś mini resztki.

Wzór- tiny toes dropsa 

Jestem ciekawa która z metod jest Wam bliższa?

wtorek, 9 lutego 2021

Na mojej głowie szron- hoartfrost hat

 Z niektórymi wzorami to jak z ziewaniem. Jak tylko jeden ktoś zacznie to wszyscy patrzący powstrzymać się od tego nie mogą.


Takim zarazliwym udziergiem tym razem okazała się czapka hoarfrost czyli po naszemu szron. Naoglądałam się przecudnych wersji i też mi się zachciało.


No nie lubię nupków, ale te są takie urocze.  I ten delikatny włosek sprawia, że najchętniej bym w tej czapce spała. Nie mogłam się jej oprzeć i nie żałuję.  


Włóczka to kidsilk dropsa i resztka softmerino Zauberwiese w pudrowym różu, druty 3,0.  
Próbka wyszła mu całkiem inna niż w oryginale, przez co musiałam zmniejszyć ilość powtórzeń wzoru.


No i wyszedł mi taki trochę "krasnal". Zazwyczaj moje czapki są dość płytkie,  a tym razem miało  na mrozy więc zrobiłam trochę dłuższą... takie dość spore trooochę ... 😂 no ale jakby kiedyś zamarzyły mi się dredy to będę miała pod czym je chować.. 😆

I znowu ciut mniej resztek w moich włóczkowych pudłach...